Luis Antonio Corgiolu z Argentyny wezwał pogotowie, po tym jak poczuł silne bóle w klatce piersiowej. W szpitalu stwierdzono zawał serca i początek choroby wieńcowej. Następnego dnia zmarł z powodu pęknięcia tętniaka aorty. Prokuratura stwierdziła, że lekarze dopuścili się zabójstwa, ponieważ podali pacjentowi niezarejestrowany jeszcze lek. Podczas śledztwa okazało się, że lek podano także 137 innym pacjentom. Ustalono, że żadna z osób o tym nie wiedziała.
Pierwsze próby
W 1996 roku w Nigerii panowała epidemia cholery i odry. Na wieść o szalejącej epidemii światowy koncern leków farmaceutycznych Pfitzer podjął szybką decyzję o wysłaniu nowego leku Trovan do tej nigeryjskiej miejscowości. Świat oczekiwał od Pfitzera, że uratuje chore dzieci i zapobiegnie tragedii, która się tam szykowała. Dla firmy oznaczało to miliardowe zyski. Jednak szef giganta farmaceutycznego zapomniał wspomnieć, że leki nie były nigdy wcześniej testowane na dzieciach, tak więc nie znane były ich efekty uboczne, ani też skutki, jakie mogły wywołać. Szpital dziecięcy w nigeryjskiej miejscowości Kano oblegli rodzice chorych dzieci z błaganiami o leki. Pierwszy lek otrzymał sześcioletni Anas. Pfizerowi zarzuca się testowanie leku na małoletnich, bez uprzedniej świadomej zgody rodziców. Pfitzer twierdzi jednak, że badania przeprowadzono zgodnie z prawem.
Kilka lat później także w Nigerii, dziesięcioletniej dziewczynce, która zachorowała na zapalenie opon mózgowych, podano trowafloksacynę, będącą w fazie badań. Trzy dni później dziewczynka już nie żyła. W testowaniu tego leku wzięło udział także dwieście innych nigeryjskich dzieci. Jedenaścioro z nich zmarło, a pozostałe doświadczyły takich skutków ubocznych, jak ślepota, głuchota, zaburzenia orientacji, problemy z chodzeniem i zaburzenia mowy.
Szansa dla świadomych
Według firm farmaceutycznych, wywiadów i oficjalnych informacji testowanie leków odbywa się na grupie chętnych chorych, najlepiej jak najliczniejszej, podając badanym specyfik. Niewielkiej liczbie osób podaje się placebo, czyli neutralną substancję, która nie działa. Ani lekarze, ani pacjenci nie wiedzą, kto otrzymał placebo. Wszystko to po to, aby lekarze mogli bezstronnie badać reakcje na lek. Niektórym podaje się substancje niedziałające, ponieważ na pewną grupę osób pozytywnie oddziałuje sama świadomość brania udziału w badaniach i zażywania nowego leku. Zdarzały się przypadki, że u osób, które otrzymywały placebo, objawy choroby ustępowały.
Za zgłoszenie się do badania leków firmy farmaceutyczne płacą ochotnikom. „U nas badania leków odbywają się w kilku fazach. W pierwszej testuje się leki na oddziałach szpitalnych. Jest to etap, w którym leki mogą u niektórych pacjentów wywoływać nieoczekiwane skutki uboczne, dlatego pacjenci muszą być pod ścisłą kontrolą. Pacjenci otrzymują wynagrodzenie za każdy dzień pobytu w szpitalu. Stawki nie są duże i jest to jedyny etap badań, w którym dopuszczalne jest płacenie pacjentom za udział w badaniach. W kolejnych fazach badań nad lekami można zapłacić jedynie za koszty dojazdu do miejsca badań. Może to być ryczałt, albo rozliczenie rzeczywistych kosztów podróży. Wysokość ryczałtu zależy od sponsora badań. W przypadku szczepionek przeciwko grypie, które badamy, ryczałt wynosi 40 zł. Prowadziliśmy np. badania leku na reumatoidalne zapalenie stawów. Lek testowali pacjenci z tym schorzeniem, wielu z nich miało za sobą już kuracje innymi lekami i dla nich była to szansa na znalezienie specyfiku, który im pomoże.”- powiedział dwa lata temu Gazecie Wyborczej Tomasz Dąbrowski, dyrektor Centrum Badań Klinicznych Temed w Rzeszowie.
Pieniądze na szali ze zdrowiem
Na Zachodzie świadomość zagrożeń, jakie niesie testowanie leków, powoduje, że ludzie zdrowi niechętnie się im poddają, nawet za pieniądze. W Polsce nie ma tego problemu, bo wiele osób chce po prostu zarobić. Na testy zgłaszają się przede wszystkim osoby ubogie. O prowadzonych badaniach dowiadują się z Internetu, prasy, a nawet w powiatowych urzędach pracy. Jak mówi właściciel jednego z prywatnych ośrodków badań klinicznych w Warszawie, dziennie zgłasza się tam około dziesięciu osób. Otrzymują 1-1,2 tys. zł. Jego ośrodek ma w swoim rejestrze już 3 tysiące osób, które chcą uczestniczyć w testowaniu leków.
Testowanie leków to także świetny interes dla lekarzy. Za każdą osobę, którą uda się namówić do poddania się testom, lekarz dostaje nawet 1,5-3 tys. euro. Nic dziwnego, że nawet w miastach akademickich, gdzie lekarze lepiej zarabiają, profesorowie i ordynatorzy praktycznie zmonopolizowali rynek badań klinicznych w swoich specjalnościach. Na ich oddziałach często leżą wyłącznie osoby, na których testuje się leki.
Wielu lekarzy bazuje tez na zaufaniu swoich pacjentów i tym samym wykorzystuje ich do swoich celów. 70-letnia Barbara S. z Krakowa w 2004 roku przeżyła udar mózgu. Od tego czasu przyjmuje środek przeciwzakrzepowy. Jej lekarka prowadząca zaproponowała jej udział w testach nowego leku. Barbara S. dowiedziała się, że ubocznym skutkiem zażywania tego leku mogą być krwawienia z narządów wewnętrznych. Mimo to Barbara S. chciała poddać się testom, w ramach wdzięczności, ponieważ zawdzięcza lekarce życie.
Igraszki
Minęło już kilka lat od czasu skandali związanych z testowaniem leków. Wydawałoby się, że instytucje prawne bardziej przypatrują się postępkom firm farmaceutycznych. Tymczasem czterdziestoletni Janusz D. z Wieliczki zmarł w swoim samochodzie stojąc na światłach. Brał udział w testowaniu leku na nadciśnienie. Lekarze nie przyznali się do niczego, sekcja zwłok nie doszła do skutku, zresztą nawet gdyby doszła, to prawdopodobnie nic by nie wykazała poza wylewem, ponieważ lekarz przeprowadzający sekcję nie wiedziałby o tym, że Janusz D. testował jakieś leki. Kiedy stan zdrowia osoby testującej nowy lek się pogarsza, lekarz zwykle tłumaczy, że to normalna reakcja organizmu przy danym schorzeniu.
Sensację i wiele kontrowersji wzbudziła też amerykańska firma General Electric, zajmująca się głównie najnowszymi technologiami, która chce wykorzystywać ludzkie embriony do testowania skutków ubocznych leków. Embriony mają być dostarczane przez, również amerykańską, firmę biotechnologiczną Geron Corporation, która zajmuje się między innymi klonowaniem. W lipcu tego roku General Electric wydał oświadczenie, że działa „w sposób etyczny i naukowo odpowiedzialny.” Podobnie swojego przedsięwzięcia broniła firma Geron zapewniając, że jest to najlepszy sposób na testowanie leków i pozwala zaoszczędzić czas i pieniądze potrzebne dla wypuszczenia leku na rynek. Nasz Dziennik, który opublikował wypowiedzi obu firm, pyta gdzie podział się szacunek do ludzkiego życia, skoro firmy myślą tylko jak oszczędzić czas i pieniądze.
Międzynarodowe koncerny farmaceutyczne, w walce o wielomiliardowe dochody beztrosko narażają na szwank zdrowie i życie ludzi oszukując ich. Zagrażają życiu mieszkańców Trzeciego Świata, testując na nich leki bez ich zgody. John Le Carré, autor powieści, na podstawie której nakręcono film o testowaniu leków pt. „W ogrodzie zła” powiedział: „Wszelkie postacie i firmy opisane w tej historii są – dzięki Bogu – fikcyjne i nie mają odpowiedników w świecie realnym. Obserwując farmaceutyczną dżunglę, dochodzę jednak do wniosku, że w porównaniu z rzeczywistością moja opowieść jest jedynie niewinną igraszką”.
Andrea Dymus
