Krytykowani za to, że żyją w polskich gettach, że nie lubią się asymilować z autochtonami, a ich język angielski pozostawia wiele do życzenia. O kim mowa? O 40-, 50-letnich polskich imigrantach.
Pewnego dnia miałem dość
Wyjazd za granicę do pracy, gdy ma się 40, 50 lat, nie należy chyba do najłatwiejszych decyzji w życiu. Jak mówią moi rozmówcy, w Polsce pracodawcy nie traktują poważnie pracowników, którzy mają powyżej 40-stu lat. Rynek pracy wymaga od nich elastyczności, równej młodym ludziom, a Urzędy Pracy chcą przekwalifikowywać 40-letnich murarzy na ...księgowych, dzięki organizowanym naprędce kursom. Kiedy oszczędności topnieją, wpadają w depresję, nie mogąc poradzić sobie z presją otoczenia, które zarzuca im brak kreatywności. Stawiają więc wszystko na jedną kartę, sprzedają swoje domy i wyjeżdżają z rodzinami na Zachód.
–Pracowałem w Warszawie jako elektryk, dla jednej z firm budowlanych – mówi Roman, 52-latek, od 4 lat mieszkający w Anglii. –Straciłem pracę kiedy miałem 40 lat, ale wierzyłem, że coś się znajdzie dla elektryka z kwalifikacjami.
Urząd Pracy organizował kursy komputerowe i podstawy księgowości dla bezrobotnych. To była jednak strata czasu. Szukanie pracy było tak poniżające, że pewnego dnia miałem dość. Znajomy budował domki w Szwecji, wziął mnie ze sobą. I tak błąkam się po Europie od 8 lat –mówi. Roman pracował w Szwecji, Norwegii, Danii i Niemczech, a teraz w Anglii, w branży budowlanej. –Nikt mi chyba teraz nie zarzuci braku elastyczności. Łapałem się wszystkiego, budowałem domki, zbierałem sałatę i ogórki na farmie, sprzątałem, a teraz pracuję na budowie, na wyskościach– śmieje się.
Aklimatyzacja w nowym kraju to ogromny stres
Aklimatyzacja w nowym kraju wiąże się z ogromnym stresem. Inna kultura, język, często musimy zrezygnować z naszych przyzwyczajeń, kiedy na przykład wynajmujemy dom z nieznajomymi ludźmi. –Najtrudniejsze były pierwsze trzy miesiące –mówi Małgosia, 50-latka, o początkach mieszkania w UK. – Nie mogłam przyzwyczaić się do wspólnego mieszkania z obcymi ludźmi. Dla osób w moim wieku to wielki stres. Na szczęście, dzięki pomocy życzliwych ludzi, po trzech miesiącach mieliśmy z mężem samodzielne mieszkanie i tak jest do dziś-dodaje. Niestety, nie tylko zamieszkanie z obcymi ludźmi może przysparzać nam wiele kłopotów. Problemem okazuje się język angielski, który zapracowani 40-, 50-latkowie nie zawsze mają czas szlifować. –Ciężko mi się ‘przestawić’- twierdzi Beata, która przyznaje, że komunikacja w języku angielskim nie należy do najłatwiejszych. –Chodziłam na kursy języka angielskiego organizowane przez mojego pracodawcę, ale przyznaję, że niewiele mi to dało. Myślę, że nie jest tak łatwo nauczyć się języka obcego, kiedy ma się te 50 lat. I to nie jest wymówka- przekonuje Beata.
Jak poradzić sobie bez znajomości języka w obcym kraju? – Przy załatwianiu ważniejszych spraw mogę polegać na moich znajomych- mówi Małgosia, która przyznaje, że miała niesamowite szczęście, że spotkała tak dobrych ludzi na swojej drodze w UK. Niestety, nie miał tyle szczęścia Roman, który pracował przez prawie rok dla polskiego pośrednika pracy. –To była moja wina, bo zaufałem temu człowiekowi- denerwuje się Roman .-Załatwiał mi, i innym Polakom w moim wieku, pracę i mieszkanie. Nie znaliśmy języka, więc wiedział, że nie będziemy się o nic upominać. I tak było, póki miarka się przebrała. Nie ubezpieczał nas, a kiedy pytaliśmy o National Insurance Number, kazał się nam samym ubezpieczyć. Wynajmował nam najtańsze mieszkania, często mieszkaliśmy po dwóch, trzech w małych pokojach. Często potrącał nam pieniądze z wypłaty, mówiąc, że a to pracodawca mniej zapłacił, a to w tym miesiącu trzeba więcej zapłacić za mieszkanie. Do pracy wyjeżdżaliśmy do odległych miast. Często wstawaliśmy o 3-ciej, żeby zdążyc do pracy na 6-stą rano. W końcu odszedłem. Postanowiłem szukać normalnej pracy, na własną rękę, ale wiem, że miejsce po mnie na pewno nie zostało puste- mówi ze smutkiem o nieuczciwym pośredniku Roman.
Była ksenofobką
Zmiana miejsca zamieszkania wiąże się też ze zmianą nas samych, nabieramy nowe nawyki, przyzwyczajenia, często zmieniamy też system naszych wartości, przekonań. –Tutaj dopiero zrozumiałam, że 50 lat to nie koniec mojego życia- śmieje się Beata. – W Polsce kobiety w moim wieku są traktowane jak stare baby, które już powinny odkładać pieniądze na pochówek, a tutaj 50 lat to przymiarki na trzecie małżeństwo. Beata przyznaje, że dopiero tutaj zauważyła jaką była ksenofobką. –Człowiek w PRL-u wyjeżdżał co najwyżej na wczasy do Rumunii, a jak chciałeś jechać na Zachód to oznaczało tylko komplikacje dla ciebie i rodziny. W Polsce nie mamy takiej mieszanki kulturowej, dlatego mój pierwszy spacer po Manchesterze to było straszne przeżycie, aż popłakałam się zdenerwowania- wspomina tamten dzień Beata. Teraz Beata kupuje owoce i warzywa u Pakistańczyka, ma bardzo dobry kontakt z sąsiadami Chińczykami, a pracuje z Maureen z Kongo. Niewątpliwie takiej mieszanki kulturowej nie miała w jej rodzinnych Tychach. – Ten kraj uczy tolerancji na innych, ale też uczy zrozumieć samego siebie, że masz prawo być innym – twierdzi.
Zarówno Beata, jak i Małgosia, Roman zapewniają mnie, że nie chcą zostać tutaj na stałe. –Mieszkam tutaj od prawie 7 lat, ale w wieku emerytalnym chcę wrócić do Polski- mówi Beata. –Tęsknie za rodziną, sąsiadami, za straganem na naszej ulicy. Moja mama zawsze mówiła: Starych drzew się nie przesadza, i wiesz, ona miała rację!
Autor: Maria Budacz


